Forum Vampire Diaries & The Originals

Lokalizacja: Forum > Opowiadania > Forbidden Love
16 maj 2015 o 0:05:17 - (1911 dni temu)
Adria
Pierwotny



Posty: 1322
Dołączył(a): 6 paź 2014
Litry krwi: 1450

Białe piórko
Niesamowita i epicka historia trójkąta miłosnego między Hope, synem Steroline i... tym trzecim. Fanów Nołp, Hejli, Bagniaka, Steroida, Stefana proszę o nieobrażanie się i potraktowanie historii z przymrużeniem oka. :D

DEDYKACJA DLA SEV, KTÓRA PODSUNĘŁA MI POMYSŁ, POMOGŁA GO OPRACOWAĆ I OCHRZCIŁA SYNKA STEROLINE. SEVENDAYS, KOCHANA <3


_______________________________________

Prolog:

Kochany pamiętniczku,
Tatuś mówi, że wspomnienia są ważne i powinienem pisać pamiętnik, więc piszę. Pamiętniczku, przeprowadziliśmy się właśnie do NOLA, bo moja nauczycielka od historii odkryła, że Tatuś pamięta wojnę secesyjną.
Hm, chyba muszę zacząć od początku.
Nazywam się Chandelier Salvatore. Mam siedemnaście lat i jestem wampirem, ale bardzo specjalnym - bo moi rodzice również są wampirami. Znaczy, Mamusia była, bo umarła, jak się urodziłem. Jest mi czasem smutno z tego powodu, ale Tatuś mówi, żeby się nie martwić, bo Mamusia bardzo mnie kochała i na pewno patrzy teraz na nas i się nami opiekuje.
Jutro mam pójść do nowej szkoły. Jestem w ostatniej klasie, bo zrobiłem dwa lata w jeden rok. Tatuś mówi, że nauka jest bardzo ważna i że Mamusia prawie skończyła college w Whitmore, a on był na Harvardzie, więc nie mogę im przynieść wstydu.


- Chand, co robisz? - zapytał Stefan Salvatore, widząc syna piszącego coś szybko na najnowszym modelu iPada.
- Piszę pamiętnik, tak jak mi kazałeś - odparł chłopak, unosząc głowę znad tableta.
- Weź zeszyt i pisz jak wampir, piórem - parsknął Stefan. Był w kiepskim humorze. To dziecko czasem było naprawdę tępe, jak Caroline. Jak niby Chand miałby spalić iPada w przypływie angstu? Chłopak w ogóle nie zrozumiał idei Pamiętnika Wampira.
- Ale, tato...
- No to nie pisz w ogóle - burknął Stefan. - Skoro nie szanujesz tradycji.
- Przepraszam, tato.
- Nie szkodzi - Stefan przytulił syna. - Przepraszam, że się uniosłem. Pamiętasz, kim jestem?
- Dobrym bratem - odparł automatycznie Chand. Nauczył się tego zaraz po "tata" i "zły wujek Damon".
- Właśnie - Stefan rozpogodził się. Wszystko było na swoim miejscu. Jest dobrym bratem, daleko od Damona, w pobliżu opiekuńczych ramion Klausa Mikaelsona.
Klaus nie pozwoli skrzywdzić ani jego, ani Chanda. Problem w tym, jak wyjaśnić Chandowi, kim dla jego ojca jest Klaus. Na razie Stefan i Klaus ustalili, że dla dobra dzieci będą udawać, że łączy ich jedynie szorstka męska przyjaźń, ale wiedzieli, że długo nie wytrzymają. Czekali zbyt wiele lat, by być razem. Chand i Hope będą musieli to zaakceptować.

*



Rozdział I

Epic First Meeting

Hope Mikaelson weszła pewnym krokiem do szkoły. Odrzuciła na ramię długie, ciemne włosy i uderzyła torebką jakiegoś mięśniaka z drużyny, który stał jej na drodze.
- Ej, uważaj! - warknął chłopak.
Hope pochwyciła jego wzrok i zahipnotyzowała:
- To ty sobie uważaj. Uderzyłeś w moją torebkę. To Michael Kors, a ja jestem Hope Mikaelson i mój tatuś cię zabije - syknęła. - A teraz idź się utopić w Mississippi.
Mięśniak posłusznie odszedł. Hope, w odrobinę lepszym humorze, ruszyła w kierunku sali, w której miała się odbyć lekcja historii. Dziewczyna straciła rok nauki, chowając się na Bayou, u matki i ojczyma, przed psychopatycznym kuzynem, Dahlionem, który chciał z niej wyssać magię i wskrzesić tym sposobem swoją matkę, Dahlię. Ale chociaż Hope miała formalnie dziewiętnaście lat, fizycznie utknęła na siedemnastu. Jako urodzona hybryda miała się starzeć, dopóki odpowiednio silna wiedźma nie odprawi rytuału zatrzymującego jej wiek, a ojciec poprosił o to ciocię Davinę już dwa lata temu. Chciał, żeby jego córka na zawsze pozostała dzieckiem, co do dzisiaj wściekało Hope. Nie mogła nawet wejść do baru innego niż ten, który należał do wuja Marcela, i tylko tam sprzedawali jej whiskey.
Dziewczyna weszła do sali i zajęła pustą ławkę na końcu klasy. Znowu odrzuciła do tyłu śliczne loki, zamiatając oparcie, i wtedy pochwyciła zachwycone spojrzenie chłopaka siedzącego w ławce obok.
Uniosła brew wystudiowanym gestem. Była przyzwyczajona do chłopaków patrzących na nią z zachwytem. Chociaż nie była przyzwyczajona do tak przystojnych chłopców. Ostatni rok spędziła na Bayou wśród półdzikich poddanych matki i Kennera. Wilkołaki myły się w strumieniach i rzadko goliły, a jeszcze rzadziej używały dezodorantu.
Chłopak wpatrujący się w nią był całkiem innego rodzaju.
Seksowny, umięśniony, czyściutki aż do przesady blondyn ze starannie ułożonymi na żel włosami. Jej ojciec nazywał taką fryzurę "hero hair", choć Hope nie miała pojęcia, dlaczego uśmiechał się przy tym z nostalgią. Ojca często dopadały dość dziwne wspomnienia. Niebieskie oczy chłopaka nadal wpatrywały się w Hope z cielęcym zachwytem. Kiedy zbierał się w sobie, by ją zagadnąć, do klasy wszedł nauczyciel i zaczął odczytywać listę obecności. Szybko doszedł do M.
- Mikaelson... Hope - uniósł lekko brew. Nie był zwolennikiem dziwacznych imion. - Widzę, że wróciłaś.
- Tak, panie profesorze.
- Cóż... mam nadzieję, że tym razem na dłużej - uśmiechnął się złośliwie, pewien, że dziewczyna zrozumie przytyk do imienia. Zarumieniła się i ze złością wpatrzyła w tablicę, więc chyba zrozumiała, zwłaszcza że klasa wybuchnęła śmiechem.
Nauczyciel uśmiechnął się w duchu i dalej odczytywał listę. Doszedł do S.
- Salvatore... - urwał, zdumiony. - Chandelier?! To błąd w druku? - zapytał, oniemiały, do wtóru chichotów uczniów.
Chłopak wpatrujący się wcześniej w Hope pokręcił głową, zaczerwieniony jak panienka.
- Ee, niestety nie. Chandelier. Długa historia, akhem.
- Współczuję - mruknął nauczyciel i kontynuował odczytywanie listy.
Tymczasem Chandelier i Hope wymienili spojrzenia i nieśmiałe uśmiechy. Oboje czuli, że ich życie w tej klasie będzie ciężkie.

*




R.I.P. TYLER LOCKWOOD




16 maj 2015 o 22:57:50 - (1910 dni temu)
Adria
Pierwotny



Posty: 1322
Dołączył(a): 6 paź 2014
Litry krwi: 1450

Białe piórko
*

Chand wracał do domu, rozmarzony. Co prawda ta śliczna Hope nie dała mu szansy się do siebie odezwać po żadnej z lekcji, jakie wspólnie mieli (aż trzy jednego dnia - nie mógł wręcz uwierzyć we własne szczęście), znikając gdzieś co przerwę, ale przynajmniej napatrzył się na nią do woli. Zamierzał jutro zdobyć się na odwagę i podejść do niej, nim dziewczyna zdąży mu uciec.
- Już jestem! - krzyknął, otworzywszy drzwi kluczem. Cisnął plecak w kąt hallu.
- To dobrze - ojciec wychynął z kuchni. - Nie przebieraj się, jesteśmy zaproszeni na obiad do mojego przyjaciela.
- Przyjaciela?
- Tak. Stara znajomość, jeszcze z lat dwudziestych - wyjaśnił Stefan. - Mieszka w Quarter - wziął przygotowaną butelkę bourbona i narzucił
skórzaną kurtkę. - Szybciej, jesteśmy już spóźnieni - poganiał syna. Nieco zdziwiony Chandelier wyszedł za ojcem i zamknął drzwi. Wsiedli do samochodu, klasycznego czerwonego Porsche, o które ojciec dbał bardziej, niż o niego.
Okazało się, że dom przyjaciela ojca jest położony zaledwie parę przecznic dalej. To była olbrzymia rezydencja w stylu kolonialnym.
- Chand, posłuchaj... - Stefan spojrzał na syna poważnie. - Bardzo mi zależy, żebyś zrobił dobre wrażenie. Klaus jest królem French Quarter i Pierwotnym. Powinieneś okazać mu należny szacunek i być grzeczny, tak, żebym nie musiał się za ciebie wstydzić.
- Ee... jasne, tato.
- Świetnie - ucieszył się Stefan. - Klaus ma córkę, trochę starszą od ciebie. Bądź dla niej miły. Dziewczyna może być trochę nieokrzesana, po matce, ale... postaraj się to ignorować, bardzo cię proszę.
- Jak sobie życzysz - porządnie zdumiony Chand podążył za ojcem do rezydencji.
Tymczasem Klaus przeglądał się w lustrze w salonie i na chybcika poprawiał fryzurę. Sprawdził jeszcze, czy jeansy są dostatecznie obcisłe, by prezentować jego seksowny tyłek i zawołał córkę.
- Hope, w tej chwili na dół! Zaraz przyjdzie Stefan!
Naburmuszona dziewczyna pojawiła się przy nim z wampirzą prędkością.
- Muszę z wami siedzieć? - jęknęła.
- Owszem - w głosie Klausa zabrzmiała stal. - Stefan przyprowadzi synka.
- Nie będę zabawiać jakiegoś dzieciaka - przewróciła oczami. - Mam ciekawsze rzeczy do roboty niż...
- Ani słowa - syknął Klaus. - Stefan Salvatore jest moim najlepszym przyjacielem i będziesz tak miła, grzeczna i dobrze wychowana, jakbyś nie spędziła nawet godziny w towarzystwie swojej cholernej matki, bo...
- Salvatore, powiedziałeś? - zainteresowała się gwałtownie Hope.
- Mhm. Dlaczego pytasz?
- Aa... nic. Nieźle wyglądasz - zmieniła temat i wygładziła ojcu kołnierzyk koszuli.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Klaus usłyszał głos Stefana i poczuł, że uśmiech mimowolnie rozjaśnia jego twarz. Tęsknił za nim, mimo że przedwczorajszej nocy spotkali się ukradkiem na gorący seks w tanim motelu pod Orleanem. Chciał mieć Stefana zawsze obok siebie, ale wiedział, że na razie to niemożliwe.
Stefan wszedł do salonu w towarzystwie swojego syna. Klaus uśmiechnął się, patrząc na ukochanego. Jego syn był do niego bardzo podobny i wpatrywał się nieśmiało w Hope. Hm, hm. Klaus uśmiechnął się szerzej.
- Stefan - wyciągnął rękę, ale zaraz przyciągnął Rippera do siebie i klepnął po męsku w łopatkę. Szkoda, że nie mógł go pocałować, ale cóż.
Nie przy dzieciach, Stefan był bardzo stanowczy w tej kwestii. - Miło cię widzieć. I przyniosłeś bourbona - odłożył butelkę na ławę. - To moja córka.
- Mój syn - Stefan dumnie wskazał Chanda.
- Niech dzieciaki się poznają - zaproponował Klaus. - A my zaczniemy od małego drinka - otoczył Stefana ramieniem. - Hope, zajmij się naszym małym gościem - rozkazał i wyprowadził Stefana w stronę swojego gabinetu.
Hope i Chand zostali sami. Patrzyli na siebie niepewnie.
- Jestem Hope - zagaiła hybryda.
- A ja Chand.
- Wiem - uśmiechnęła się leciutko. - Mamy razem historię.
- I angielski - uzupełnił, ucieszony, że Hope go skojarzyła. - I francuski. Nie wiedziałem, że jesteś... um, związana z ponadnaturalnym...
- Jestem hybrydą - przerwała mu. - A ty?
- Wampirem. Tak jakby. Moi rodzice... oni oboje byli wampirami. Ich miłość była tak epicka i pełna światła, taka czysta i dobra, że stało się niemożliwe i mama odkryła, że jest w ciąży - wyjawił Chand. - Zmarła przy porodzie.
- Przykro mi - rzuciła uprzejmie Hope. - Moja matka żyje - przewróciła oczami. - Jest królową Bayou. Rodzice nie są razem, nigdy nie byli. Jestem owocem wpadki. Whatever - machnęła ręką. - Napijesz się? - wskazała barek.
- Ee... nie, dzięki. Tata mi nie pozwala.
- Mi pozwala - stwierdziła beztrosko i nalała sobie bourbona. - Może chcesz krwi?
- Chętnie - skinął głową Chand.
Hope wezwała służącą i rozkazała przynieść blood bags. Potem zachęcająco klepnęła miejsce na sofie obok siebie.
- Usiądź koło mnie, Chand.
Nieśmiało przycupnął na brzeżku sofy. Hope nachyliła się nad nim.
- Lubisz seks z dziewczynami? - spytała grzecznie, kładąc mu dłoń na udzie.
- Yy... co? - przestraszył się.
- Och - była zawiedziona. - Jesteś gejem?
- Ee, nie. Po prostu... um... wolę najpierw... lepiej się poznać.
- Najlepiej poznajesz drugą osobę podczas seksu - rzekła dziewczyna, przesuwając rękę w stronę rozporka Chanda. - Tak mówi wujek Jackson. To znaczy on chce, żebym go nazywała ojcem, ale jest tylko nędznym wilkiem, za którego wyszła moja głupia matka.
- A-aha - Chandelier subtelnie próbował odsunąć się od Hope.
- Lubi mnie dotykać - oznajmiła Hope. - W różnych miejscach. Pokazać ci, w jakich? - zachichotała figlarnie i rozpięła mu rozporek.
Chand z wampirzą prędkością przemknął na drugi koniec salonu.
- Nie, dzięki - mruknął. - Naprawdę... nie.
- Szkoda - westchnęła teatralnie. - Jesteś taki nieśmiały.
- Tatuś mówił, że mam być grzeczny - wyjawił Chandelier niepewnie.
- Tak, mój mówił to samo. Ale dodał, że mam się tobą zająć - Hope uśmiechnęła się, rozchylając usta na imponującą szerokość. - A moja matka akurat tego nauczyła mnie doskonale.
Z wampirzą prędkością pomknęła ku Chandelierowi i osaczyła go w kącie między japońską wazą a stojącym zegarem. Uniosła palcem jego podbródek.
- Nie opieraj się - prosiła. - Nie mogę cię zahipnotyzować, a nie lubię długo prosić.
Spanikowany Chandelier nie miał absolutnie żadnego pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. Tatuś kazał mu być grzecznym i okazać szacunek Klausowi. Czy pozwolenie córce Klausa, by mu obciągnęła, jest okazaniem szacunku, czy jego braku...? W podręczniku etykiety nie było nic na ten temat.
Na szczęście czuły słuch Hope pochwycił zbliżające się kroki. Dziewczyna błyskawicznie pociągnęła Chanda na sofę i usiadła w przyzwoitej odległości od niego, tak, że służąca, która weszła z krwią w szklankach, nie widziała w ich pozach nic podejrzanego. Chandelier, nadal przerażony bezpośredniością Hope, modlił się, by tatuś zaraz wrócił do pokoju.
- Ee... - zagadnął, byleby dziewczyna nie miała okazji podjąć rozmowy o seksie - piszesz pamiętnik?
- Co? - zdumiała się.
- Pamiętnik. No wiesz. Wspomnienia są ważne, a my będziemy żyć wiecznie. Warto spisywać...
- Ach. To masz na myśli. Tak robili kiedyś, prawda? A ty piszesz?
- Właśnie zacząłem. To fajne. Też powinnaś.
Hope zamyśliła się.
- A dasz mi przeczytać swój?
Chand zawahał się.
- Ee... to raczej... no, nikomu się nie pokazuje...
- Czego, młody człowieku? - usłyszał nagle jowialne pytanie. To Klaus wrócił do pokoju.
- Pamiętnika, proszę pana.
- Mów mi "wuju" - Klaus ojcowsko klepnął Chanda w łopatkę. - Ach, pamiętniki. Twój ojciec pisze fascynujące rzeczy, ciekawe, czy odziedziczyłeś po nim talent. Dzieciaki, do stołu.
Hope wskazała Chandelierowi, by szedł za nią. W jadalni okazało się, że jej stałe miejsce obok tatusia zajął Stefan Salvatore. Naburmuszona
Hope zmrużyła oczy i usiadła na innym krześle, podwijając nogi.
- Hope, do diabła, nogi z krzesła - warknął Klaus. - Czyś ty się wychowała na bagnie?
- No... w zasadzie tak - przytaknęła drwiąco, nie zmieniając pozycji. - Odesłałeś mnie tam na rok.
- Dla twojego bezpieczeństwa - warknął Mikaelson. - Więc nie narzekaj. Stefan, nałóż sobie warzywek - podał półmisek gościowi, wyraźnie łagodniejąc.
- Dzięki, Nick - wampir uśmiechnął się delikatnie. - Więc, Hope, mieszkałaś u... em... tej kobiety, z którą twój ojciec... - urwał. Nie wypadało mu obrażać matki dziecka Nicka, ale odczuwał nienawiść, ilekroć pomyślał o tej suce. Co ona miała takiego, czego on nie miał?
Platynową macicę? Pff.
- Tak, na Bayou - przytaknęła, nadąsana. - Było nudno i śmierdziało.
- Ale byłaś bezpieczna - uciął jej pretensje Klaus. - Tylko to się liczy, sweetheart.
- Tak, i to, że nie miałam dostępu do prysznica! A matka codziennie karmiła mnie tostami, bo nie umie ugotować nic innego, a Kenner umie ukraść tylko toster!
- Hope, proszę cię, nie przy gościach - mitygował córkę Klaus. - Nie wypada...
- W dupie mam, co wypada! - warknęła dziewczyna, wstała gwałtownie i zniknęła z wampirzą prędkością. Trzasnęły drzwi w hallu.
Klaus westchnął z irytacją.
- Stefan, Chand, wybaczcie... ten rok na Bayou negatywnie wpłynął na jej towarzyską ogładę. Czy też jej brak.
- Może to wina genów i trzeba było zapłodnić kogoś bardziej odpowiedniego - wymamrotał Stefan ledwo dosłyszalnie. Klaus uśmiechnął się leciutko i położył mu dłoń na kolanie pod osłoną stołu.
- Gdyby to było możliwe... - wyszeptał tylko z czułym uśmiechem, wyobrażając sobie maleńkie zawiniątko w ramionach Stefana, kwilące cichutko.
Stefan splótł jego palce ze swoimi, patrząc mu w oczy, ulegając magii chwili, ale zaraz przypomniał sobie o obecności syna i pospiesznie odsunął rękę Nicka ze swojej nogi.
- Um, Chand, ucichłeś jakoś - zagadnął.
Synek przełknął kawałek indyka.
- Przepraszam, tato. Jadłem, a przecież nie pozwalasz mi mówić z pełną buzią.
W oku Klausa coś błysnęło.
- Och, wszyscy wiemy, że Stefan ma awersję do mówienia z pełną buzią.
Salvatore tylko zarumienił się gwałtownie.

*

Wściekła Hope przemierzała zatłoczone uliczki Francuskiej Dzielnicy, roztrącając przechodniów. Szła w kierunku baru Marcela, pewna, że parę kolejek ukoi jej wzburzone nerwy. Wilcze dziedzictwo sprawiało, że łatwo wpadała w złość, ale alkohol, jak nauczył ją ojciec, łagodził negatywne skutki wściekłości.
Weszła do baru i skinęła na kelnerkę. Cami O'Connell miała ponad czterdzieści lat, a nadal nie otworzyła własnej poradni psychologicznej. Mówiła, że z napiwków w barze w tydzień wyciąga więcej, niż mogłaby zarobić na psychoanalizie przez miesiąc. Cóż, być może.
- Witaj, Hope - zagruchała Cami tym swoim obrzydliwie przesłodzonym głosem. Gdy Hope była mała, Cami często się nią zajmowała (za darmo - ojciec i matka wykorzystywali ją ile tylko się dało, by oszczędzić na opiekunce) i blondynka miała dla niej wiele czułości.
Hope kiwnęła głową.
- Butelkę tequili i trzy blood bags.
Cami ściągnęła brwi.
- Hope, nie za dużo?
- Nie - odparła nadąsana hybryda. - Spiesz się - zahipnotyzowała.
Cami, posłuszna rozkazowi, pospiesznie przyniosła butelkę i blood bags. Hope nalała sobie tequili do szklaneczki i wypiła jednym haustem.
Nalała sobie drugą kolejkę i pochwyciła spojrzenie przystojniaka siedzącego przy barze ze swoją tequilą. Uśmiechnął się leciutko, seksownie i uniósł pełną szklaneczkę w geście pozdrowienia, po czym wypił jednym haustem. Hope oblizała wargi i wychyliła kolejkę.
Przystojniak uśmiechnął się szerzej i wypił następną kolejkę. Hope przyjrzała mu się spod rzęs. Był niesamowicie umięśniony, jakby całe
życie spędził na siłowni, miał ciemną karnację i mroczne, ciemne oczy.
Był wcielonym mrokiem i od razu ją to podnieciło. Wysunęła język i wylizała kroplę tequili z dna szklanki. Przystojniak oblizał wargi, wziął swoją butelkę i szklankę i podszedł do stolika Hope.
- Nieźle pijesz - zagadnął. - Mogę się dosiąść?
Hope uczyniła zapraszający gest. Przystojniak usiadł obok, a ona wyczuła w nim hybrydę. Zdumiona, spojrzała mu w oczy. To było niemożliwe. Znała każdego żyjącego hybrydę, bo - oprócz jej ojca - wszyscy byli z jej krwi, ewentualnie z watahy matki i Kennera. Ten tutaj był obcy.
- Jak masz na imię, śliczna? - zapytał.
- Hope - odparła. - A ty?
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Zostawmy to na razie... Hope.
- Powiedz mi - odwzajemniła uśmiech i nachyliła się lekko nad stołem, by nieznajomy zmiękł pod wpływem jej głębokiego dekoltu.
- Nie - pokręcił głową. - Jeśli pozostanę tylko wysokim, przystojnym nieznajomym, będziesz o mnie myśleć. Tajemnica pociąga, Hope, a ja chcę cię pociągać.
Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej.
- Możesz sobie być wysoki i nieznajomy... ale przystojny? - prychnęła i napiła się tequili.
- Auć, to zraniło moją męską dumę. Wiem jedno, jestem przystojniejszy od twojego ojca.
Hope zmarszczyła brwi.
- Znasz mojego ojca?
- Aha. Zbyt dobrze - nieznajomy przybrał ponurą minę. - Ale nie mówmy o tym, Hope - napił się.
- Dlaczego?
Nieznajomy zmarszczył brwi.
- Po prostu, nie. Wszystko w swoim czasie, ślicznotko.
Hope przygryzła wargę (dziedziczny tik) i wpatrzyła w młodego mężczyznę, zafascynowana. Istotnie, pociągała ją jego tajemniczość.
- A kiedy ten czas nadejdzie?
- Mam nadzieję, że wkrótce... Hope - zażartował sobie z jej imienia i wstał od stołu. - Myśl o mnie.
Hope również wstała i chwyciła go za nadgarstek z siłą imadła.
- Nie - rzekła kapryśnie. - Ty myśl o mnie - wspięła się na palce i pocałowała go namiętnie.
Zaskoczony mężczyzna oddał pocałunek, zanurzając rękę w długich, jedwabistych lokach Hope. W końcu jednak oderwał się od niej i uśmiechnął lekko, rozbawiony.
- Będę, Hope Mikaelson. Będę.
Zniknął z baru z wampirzą prędkością. Hope, z bijącym zbyt szybko sercem, usiadła z powrotem przy stoliku i dolała sobie alkoholu. Co to mówiła ciotka Rebekah o złych chłopcach? Że są ciekawsi?
Zdecydowanie, pomyślała Hope. Nieznajomy całował nieziemsko, a mały Chand Salvatore wyraźnie się jej bał. Hm. Olać Chanda. Hope odnajdzie swojego mrocznego rycerza jeszcze dzisiejszej nocy.

*


R.I.P. TYLER LOCKWOOD




16 maj 2015 o 23:13:23 - (1910 dni temu)
szulu
Nocny Łowca



Posty: 198
Dołączył(a): 13 lis 2014
Litry krwi: 1045

Białe piórko
Hahaha. Zajebiste!


22 maj 2015 o 23:16:06 - (1904 dni temu)
Adria
Pierwotny



Posty: 1322
Dołączył(a): 6 paź 2014
Litry krwi: 1450

Białe piórko
UWAGA, ROZDZIAŁ ZAWIERA TREŚCI EROTYCZNE I WULGARYZMY, OSOBY PONIŻEJ 18 ROKU ŻYCIA CZYTAJĄ NA WŁASNĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ;p


_____________________________________

Rozdział II

Evil masterplan

Godzinę później Hope tropiła nieznajomego po ciasnych uliczkach Quarter. Był hybrydą, a więc jego zapach był specyficzny, zwłaszcza dla Hope - instynkt stadny podpowiadał jej, gdzie iść, by odnaleźć nowego towarzysza. Dziewczyna szybko dotarła do małego, schludnego pensjonatu w jednej z bocznych uliczek, odchodzących od Bourbon Street. Wsunęła się do recepcji.
- Chcę księgę hotelową - zahipnotyzowała, nie bawiąc się w uprzejmości. Stryj Elijah próbował ją niegdyś nauczyć dobrych manier, dając ośmioletniej Hope książeczkę zatytułowaną "Savoir-vivre dla opornych", ale podobno cisnęła mu książką w skroń, aż stracił przytomność. Ojciec uwielbiał wspominać to wydarzenie na każdej uroczystości rodzinnej. Stryj był mniej chętny do wspominek.
Recepcjonista podał jej księgę. W pensjonacie było tylko kilku gości, same kobiety... poza jednym mężczyzną.
Tyler Wolf.
Subtelnie, pomyślała rozbawiona Hope, chociaż była ostatnią osobą, która powinna się śmiać z czyjegoś nazwiska.
No, może poza Chandelierem.
Zahipnotyzowała recepcjonistę, by dał jej zapasową kartę magnetyczną do drzwi Tylera Wolfa i żwawo weszła na pierwsze piętro. Podsłuchiwała chwilę pod pokojem numer 4 - jej ponadnaturalny słuch wyłowił jakąś starą piosenkę. Była bardzo cicha, więc jej mroczny nieznajomy musiał ją puszczać ze słuchawek. Hm, dziwne. Nie był typem, który daje spać w nocy sąsiadom, zdecydowanie.
Hope wyłowiła słowa piosenki:

It's just a drop in the ocean
a change in the weather
I was praying that you and me
might end up together


Styl piosenki zupełnie nie pasował jej do nieznajomego, ale kiedyś Kenner tłumaczył jej, że każdy wampir czy hybryda najbardziej lubi słuchać piosenek z czasów swojej młodości. Hm, tym sposobem Hope mogła datować przemianę nieznajomego na coś sprzed dwudziestu lat. A więc to hybryda pochodzący od jej ojca.
Hope zamyśliła się. Myślenie zawsze było dla niej ciężkie, więc spędziła kilka minut, próbując sformułować jakiś wniosek. W końcu poddała się, a tymczasem piosenka skończyła się. Hope usłyszała niewielki hałas - jakby ktoś wstał z łóżka, a potem cisnął pustą butelką o ścianę.
Zdecydowała się wejść. Przesunęła kartę magnetyczną i pchnęła drzwi.
- Myślisz o mnie? - spytała, unosząc brew. Zdziwiony Tyler zmarszczył brwi.
- Jak mnie znalazłaś...?
- Wytropiłam cię - wzruszyła ramionami. - Zadałam ci pytanie.
- A ja nie zamierzam odpowiadać - parsknął. - Siadaj - wskazał jej łóżko.
Hope przysiadła na skraju, wyciągając przed siebie długie, opalone nogi.
- Więc, Tyler... - z naciskiem wymówiła jego imię. - Kim właściwie jesteś?
Spojrzał na nią uważnie.
- Nigdy o mnie nie słyszałaś?
Potrząsnęła głową.
- Dlaczego miałabym słyszeć?
- Och, z paru względów - odparł obojętnym tonem. - Twój ojciec eksperymentował na mnie, by zrobić ze mnie hybrydę. Twoja matka zdradziła mnie i moich przyjaciół, wystawiając ich na śmierć. Twój ojciec zabił mi matkę i zerżnął moją dziewczynę.
Hope milczała. Zaczęła się zastanawiać, czy rozsądne było przychodzenie do tego mężczyzny w pojedynkę.
- Cóż - rzekła w końcu - to brzmi całkiem jak moi rodzice. Robią takie rzeczy cały czas niewinnym ludziom. Ee... przykro mi? - dorzuciła na
chybił - trafił, orientując się, że tak wypada powiedzieć. Jednak nauki stryja Elijaha nie poszły całkiem na marne.
- Daruj sobie, Hope - parsknął Tyler. - Nie jest ci przykro i mi też nie. Nie mam uczuć, tak jak ty.
- To dobrze - stwierdziła.
- Wiem. Mam do ciebie pytanie, Hope Mikaelson... nie jesteś na nich wściekła? Na Klausa i tę dziwkę z Bayou?
Hope zawahała się.
- Czasem.
- Ja też. Chcę się na nich zemścić - oznajmił Tyler. - Wchodzisz w to?
Dziewczyna wahała się.
- Co chcesz...
- Nie powiem ci, jeśli się nie zgodzisz - spojrzał na nią jak na wariatkę. - Mam wyjawić swój evil masterplan córce moich wrogów? Jeszcze mnie do końca nie pojebało. Chyba - dodał uczciwie.
- A ja nie zgodzę się w ciemno na coś, co...
- Daj spokój, Hope - spojrzał na nią ciemnymi, mrocznymi oczami. Hope natychmiast zmiękła. Ogólnie miękła, gdy przystojny mężczyzna tak na nią patrzył, ale kiedy na dodatek był zły... podniecało ją to. Odetchnęła głęboko. Tyler kontynuował - Usuniemy ich, a ty zostaniesz królową Orleanu i Bayou. Nikt nie będzie ci rozkazywać. Koniec z proszonymi kolacyjkami w gronie nudnych kretynów, koniec z mieszkaniem na Bayou i załatwianiem się w wychodku dziesięć metrów od przyczepy campingowej. Koniec z wysyłaniem spać o północy - kusił.
Hope rozpromieniła się.
- Och, tak, masz rację! Koniec z chodzeniem spać o północy! To co, zabijemy ich?
- Zobaczysz - rzekł tajemniczo. - Przysięgniesz mi, że mnie nie zdradzisz? Że do końca doprowadzisz ze mną nasze plany? - nie spuszczał z niej wręcz hipnotyzującego spojrzenia.
Hope zrobiło się nagle bardzo wilgotno.
- Och, taaak... - zamruczała. Nieco zdziwiony Tyler dopiero po chwili pojął, w czym rzecz. Uśmiechnął się leciutko, seksownie, by jeszcze bardziej rozpalić dziewczynę.
- A więc przypieczętujmy nasz sojusz.
Na jego twarzy ukazały się nabrzmiałe żyły, a oczy przybrały kolor bursztynu. Ugryzł się w nadgarstek i podsunął do ust Hope. Dziewczyna zareagowała na zapach jego krwi. W jej oczach również zalśnił bursztyn, a kły wysunęły się z dziąseł. Gwałtownie chwyciła jego rękę i zanurzyła język w ciepłej, pulsującej krwi, jęcząc z rozkoszy.
- Twoja kolej... - wydyszał Tyler. Jemu również blood sharing sprawiało sporą przyjemność.
Hope podsunęła mu nadgarstek. Tyler wbił kły w żyłę i zaczął ssać gwałtownie. Oderwał się dopiero po dłuższej chwili i wtedy też wyrwał rękę spomiędzy zębów Hope.
Dziewczyna spojrzała na niego wygłodniale. Otoczyła jego szyję ramionami i pocałowała Tylera namiętnie. Oddał pocałunek, wsuwając jej język tak głęboko do gardła, że Hope prawie się zadławiła. Dziewczyna kaszlnęła i odsunęła od siebie hybrydę.
- Ale masz zasięg - rzekła z pewnym podziwem. - Czy to prawda, co mówią? Długi język, długi... - sięgnęła do klamry od jego paska. Tyler
uśmiechnął się.
- Możesz się przekonać, mała.
- Z przyjemnością - Hope otoczyła mu biodra nogami i pocałowała go ponownie.
- Czekaj, czekaj - odsunął ją od siebie. - Nie tutaj.
- A gdzie? - zdumiała się dziewczyna. Siedzieli na łóżku.
- Zobaczysz - odparł tajemniczo Tyler i wziął ją na ręce.
Z wampirzą prędkością wybiegł z pensjonatu i przemknął przez French Quarter, nadal z Hope w ramionach. Nie była tak chuda, jak jej matka, więc trochę się zasapał, nim dobiegł do lasu okalającego Bayou. Tam postawił dziewczynę na ziemi i z uśmiechem zaprezentował otoczenie.
- Tutaj? - uniosła brew Hope. - Na Bayou?
- Nie na Bayou, tylko w lesie - sprostował. - Nie lubię uprawiać seksu w zamkniętych pomieszczeniach. To niezdrowe.
Hope otworzyła usta, zdumiona, i zapomniała je zamknąć. Tyler zmarszczył brwi, nagle zagniewany. Hope przypominała teraz Hayley Marshall - otwarta gęba i wytrzeszczone oczy. Samo to wystarczyło, by Tyler przestał odczuwać pożądanie.
- Zamknij usta - warknął.
Hope, nadąsana, przygryzła wargę.
- Nie rozkazuj mi.
- Ugh - jęknął Tyler. - Przypominasz mi Hayley.
Rozejrzał się bezradnie. Pod drzewem leżała porzucona papierowa torba. Tyler przemknął do niej z wampirzą prędkością i następnie założył starannie na głowę Hope.
- No, może być - mruknął do siebie.
- Bbbbwwww! - zgodziła się pogodnie Hope, a przynajmniej tak założył Tyler.
- Sorry, nie staje mi, kiedy myślę o Hayley - wyjaśnił, by zrozumiała jego intencje i nie wzięła za jakiegoś zboczeńca.
Hope wyplątała się z torby. Włosy miała rozczochrane, a oczy zwężone z irytacji.
- Bez przesady - wydyszała, łapiąc gwałtownie powietrze. - Tatuś mówi, że jej nie przypominam.
- Twój tatuś obecnie nie widzi niczego poza czubkiem penisa Stefana Salvatore - parsknął Tyler. - Nie wiem, co ci cholerni Salvatore'owie w sobie mają.
Hope była zszokowana.
- Mój... tatuś?
- Aha - przytaknął. - Nie zauważyłaś? Matko Pierwotna, ci dwaj są tak dobrzy w konspiracji, co Damon w zachowywaniu abstynencji... a, prawda, nie znasz Damona.
Hope wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
- Mój tatuś nie jest pedałem!
- Mówi się: "osobą odczuwającą pociąg seksualny do tej samej płci" - pouczył ją Tyler. - To nic złego. Twój ojciec robi gorsze rzeczy, niż wsadzanie Stefanowi do...
- Dość - warknęła Hope. - Nie chcę tego słuchać. Mieliśmy uprawiać seks, chociaż nie wiem, czemu tutaj.
- Bo tu są drzewa - odpowiedział Tyler takim tonem, jakby to było oczywiste.
- I...?
- I lubię seks przy drzewie.
- Ja mam dosyć drzew na resztę życia - rzekła nadąsana dziewczyna. - Musiałam spędzić rok na Bayou.
- wiem - odparł. - Obserwowałem cię.
- Naprawdę?
- Aha - przytaknął. - Chciałem cię poznać. Dowiedzieć się, czy nienawidzisz ich tak, jak ja. Czy dyszysz żądzą zemsty - w jego oczach błysnął fanatyzm. - Bo ja dyszę. Od dziewiętnastu lat próbuję się na nich zemścić, i nadal mi nie wychodzi.
- Bywa - Hope poklepała go po łopatce. - Teraz się uda. Możemy już wracać do seksu...? - objęła go za szyję i pocałowała.
Tyler nie odmówił. Nigdy nie odmawiał seksu.
Przycisnął dziewczynę do drzewa i całował jej dekolt, zsuwając jednocześnie jeansy z jej zgrabnego tyłka. Hope rozerwała na nim obcisły V-neck i aż jęknęła. Miał fantastycznie wyrzeźbiony tors. Ściągnęła mu spodnie i nie mogła się powstrzymać - zagwizdała.
- Podoba ci się? - uśmiechnął się Tyler seksownie.
- Zdecydowanie - wręcz na niego wskoczyła. Mężczyzna przycisnął ją mocniej do drzewa. Hope wiła się na nim jak znerwicowany piskorz. Tyler przymknął oczy i natychmiast ujrzał inną twarz, tę, której starał się nie pamiętać od dziewiętnastu lat, od kiedy wyłączył uczucia. Ale one wracały - zawsze wracały, gdy o niej myślał.
A myślał o niej zawsze podczas seksu.
Trzymał ją mocno, przytulał, całował jej piersi - mniejsze, niż zapamiętał - czuł jej dotyk na swoim ciele. Jej jedwabiste, złote loki drażniły jego skórę. Dochodząc, Tyler wymruczał ledwo dosłyszalnie:
- Care...
Wtedy dziewczyna odsunęła jego usta od swoich piersi.
- Nie rozumiem.
Inny głos. Tyler oprzytomniał.
Nie ma już Care. Nie żyje, bo urodziła dziecko temu jebanemu manipulatorowi, który przekonał wszystkich, że jest od nich lepszy. Że zawsze robi właściwą rzecz.
Hope Mikaelson, pomiot kolejnego jego wroga (dlaczego wszyscy jego wrogowie rozmnażają się jak króliki?!), patrzyła na niego ze zdziwieniem.
- O co mam dbać? - spytała, na szczęście nie kojarząc "Care" ze zdrobnieniem imienia.
- Ee... - wydyszał Tyler. - O mnie. Jestem... zły. Ale chciałbym... światła. Ty jesteś światłem - skłamał. Klausowi udało się zdobyć Caroline takimi tanimi słówkami, więc może to rzeczywiście działa.
- Och, Tyler... - szepnęła Hope. Rzeczywiście, zdawała się to kupować bez zastanowienia. - Ale ja też jestem... zła.
- Nie, nie - ujął jej twarz w swoje dłonie. - Ty tylko... udajesz, bo tak jest łatwiej. Wiem to. Obserwowałem cię i widzę, że jesteś... dobra. Hope, nigdy się nie zmieniaj - mówił, jakby mu ktoś napisał gotowy scenariusz. Sam był zachwycony swoją przemową i sam niemal ją kupił - gdyby nie to, że widział, jak Hope topi w bagnie cały miot uroczych kociaków. I jakąś wilczycę - staruszkę, która, przechodząc, potrąciła dziewczynę laską.
- Dobrze, Tyler... dla ciebie - młoda hybryda patrzyła na niego z uwielbieniem.
Tyler pocałował ją delikatnie.
- Dziękuję ci. Byłem w ciemności... jestem w niej... ale dzięki tobie znowu widzę światło.
Hope uśmiechnęła się niepewnie.
- Jesteś słodki.
Mhm, pomyślał Tyler. I będę jeszcze słodszy. Kupię bransoletkę, skrobnę kucyponka, wyślę sukienkę.
I obrócę cię przeciw twojemu cholernemu ojcu i przeciw pomiotowi Stefana Salvatore.
Objął ją mocno, by nie widziała jego przepojonego złem uśmieszku, który zaigrał na jego wargach. Jego plan przejęcia Quarter i Bayou rękami Hope może poczekać. Najpierw chce zobaczyć minę Klausa, gdy Hope go przedstawi jako chłopaka przed najbliższą potańcówką.

*




R.I.P. TYLER LOCKWOOD




21 sierpień 2016 o 22:57:17 - (1447 dni temu)
Adria
Pierwotny



Posty: 1322
Dołączył(a): 6 paź 2014
Litry krwi: 1450

Białe piórko
#wracam jak niezapłacony weksel #enjoy the story ;)

Rozdział 3

Be My Light In My Darkness

Następnego dnia w szkole Chandelier nieśmiało pomachał Hope. Ta skinęła mu tylko z daleka głową i nie zaszczyciła go rozmową, bo i po co? Lepszego orgazmu niż Tyler jej nie da, to pewne.
Po historii Chand zdobył się na odwagę i zagadnął:
- Ee... twój tata cię nie ukarał?
Hope wybuchnęła śmiechem, odrzucając do tyłu włosy.
- Nie. Mogę robić, co chcę. A ty?
- A ja nie. Mój tato jest... no, on ma zasady. Jest dobrym bratem i w ogóle. Zawsze mówi, że mamusi byłoby przykro, że jestem niegrzeczny.
Hope uniosła brew.
- No, skoro tak twierdzisz. Ja cokolwiek nie zrobię, będę grzeczniejsza od mojej cholernej matki.
- To... to ta kobieta z Bagien?
- Aha - nadąsała się. - Obciach, nie?
- Nieważne, kto się kim urodził. Ważne, kim się stał. Tak mawia mój tatuś.
- Słodki Jezu - dziewczyna przewróciła oczami. - Wyczytał to w ciasteczku z wróżbą, czy jak?
- Sam to wymyślił - odparł Chand, pełen urażonej godności. - Muszę już iść.
- No to cześć - parsknęła Hope i odwróciła się na pięcie. Właśnie dostała smsa od Tylera.
"Rozświetl dzisiaj mój mrok. Będę czekać o 18 w pensjonacie. T."
Hope uśmiechnęła się pod nosem, zachwycona. Tyler już się stęsknił. Dzisiaj po seksie postanowiła pociągnąć go trochę za język i dowiedzieć się więcej o planowanej przez niego zemście. Nieco martwiła się, że może jednak nie powinna ufać wrogowi ojca. Tatuś na pewno byłby zły, jak wtedy, gdy miała trzynaście lat i uwierzyła, że znowu-zmartwychwstała babcia Esther chce tylko spotkać się i pogodzić z tatą. Spotkanie zakończyło się wysuszeniem Klausa i Hope i kilkumiesięcznym panowaniem Esther we French Quarter, dopóki stryjek Elijah i ciocia Davina nie wrócili ze swojej podróży poślubnej i nie pozbyli się babci. Potem Hope musiała przez pół roku znosić kazania ojca na temat nieufania nieznajomym, a także znajomym, a zwłaszcza tym członkom rodziny, którzy właśnie wstali z martwych.
No ale Tyler nie był przecież rodziną. I nie wstał z martwych. Chyba.
Tak czy inaczej, powinna porozmawiać z ojcem. Tylko... lepiej bez szczegółów. I najlepiej, kiedy będzie czymś trochę zajęty, żeby niczego nie podejrzewał.
Tymczasem uznała, że bardziej podnieci Tylera, jeśli nie zgodzi się od razu na spotkanie. Nie chciała, żeby szybko się nią znudził.
"Nie wiem, czy dam dziś radę. Będziemy w kontakcie".

*

Chandelier, smutny, wrócił do domu i od razu wszedł na piętro. Bez pukania wszedł do sypialni taty.
- Czy możemy... oj! - zawołał, zszokowany.
Stefan spłonął rumieńcem i z wampirzą prędkością okrył się narzutą leżącą na łóżku, ale było za późno: Chandelier widział go nago, jak pstryka telefonem fotki przyrodzenia. Trudno mu będzie się wytłumaczyć.
- Chand, czy nie uczyłem cię pukania?! - warknął, poirytowany. Takie dobre ujęcie przepadło przez tego smarkacza...
- Przepraszam, tato. Chciałem tylko porozmawiać. - Chand miał łzy w oczach. Hope się chyba na niego obraziła, a ojciec robi jakieś bardzo dziwne rzeczy ze swoim Magicznym Penisem. To zdecydowanie nie był jego dzień. - Um, przyjdę później - mruknął i uciekł z sypialni ojca.
Stefan westchnął ciężko. Chand był jego synem, był tego niemal pewien, w końcu miał odpowiednie włosy, a Caroline raczej nie mogła zajść w ciążę z kimś, kto nie był Bohaterem i Dobrym Bratem, ale czasem dzieciak go irytował. Był wścibski niczym Caroline na tropie romansów Eleny, i zawsze robił nie to, co trzeba i zadawał głupie pytania, zupełnie inaczej, niż on sam w latach młodości. Cóż, to na pewno złe geny rodzinne, zwłaszcza te pochodzące od Damona, ujawniały się w Chandelierze. Można by niemal pomyśleć, że Damon maczał palce (lub coś innego) w poczęciu Chanda. Przecież wszystko, co złe w życiu Stefana, w ostatecznym rozrachunku pochodziło od Damona.

*

- Tato... - zagadnęła Hope przy obiedzie.
- Hm? - mruknął nieuważnie Klaus, oglądając pod stołem najnowsze snapy ze snapchata Stefana (Stefan i Klaus późno odkryli uroki aplikacji na smartfony, ale kiedy już to zrobili, pozostali im wierni na długie lata; obecnie byli jedynymi aktywnymi użytkownikami snapchata w całych Stanach Zjednoczonych). Te lateksowe bokserki w czaszki to był dobry wybór, pomyślał Nick, podziwiając opięte pośladki Stefana ze wszystkich stron.
- Czy ty masz jakiegoś wroga?
- Mam mnóstwo wrogów, sweetheart - przytaknął. Następny snap był nawet lepszy, bo bez bokserek. - Przecież wiesz.
- A znasz jakichś Wolfs? - pytała dalej.
- To się odmienia "wolves" - sprostował Klaus, odrywając się na sekundę od telefonu. - Doprawdy, Hope, nie mam pojęcia, jak ktoś, kto ma w sobie wilczy gen, może nie umieć odmienić słowa "wilk"... wstyd mi czasem za ciebie.
Dla uspokojenia spojrzał w ekran telefonu. Stefan zrobił sobie nowe hero hair... i to nie na głowie. Klaus gwizdnął cicho.
- Chodzi mi o nazwisko Wolf - uściśliła nadąsana dziewczyna. - Dlaczego gwizdnąłeś?
- Ot, tak - skłamał bez mrugnięcia okiem. - I nie, nie znam żadnego Wolfa. A dlaczego pytasz?
- Tak sobie.
- Aha. - Klaus odłożył telefon i skupił się na jedzeniu. Im szybciej skończy, tym szybciej będzie mógł pójść na górę i wysłać odpowiedź godną hero hair.
- A tego... znasz jakiegoś Tylera? - spytała Hope, starając się to uczynić zdawkowym tonem.
- Hę? Tylera? Raczej nie... - odparł nieuważnie. Nagle coś mu się przypomniało. - A, nie, jednak, zapomniałem. Był taki pętak. Poprzednia miłość życia matki Chandeliera, zanim zakochała się w Stefanie.
- Nie można mieć "poprzedniej miłości życia" - zauważyła Hope całkiem bystro jak na siebie.
- Tja, powiedz to Caroline. Matce Chanda. Ta kobieta pchała się na dziennikarstwo, chociaż nie potrafiła sklecić jednego poprawnego gramatycznie zdania po angielsku i nie czytała gazet. No, ale co do jej języka, to miał inne zalety - Klaus uśmiechnął się lekko. Caroline mogła być tępa, no i nie miała penisa, ale prezentowała sobą pewne zalety. Na przykład nieustanną gotowość do seksu w każdym możliwym miejscu. - Yy, ale o czym my mówiliśmy?
- O jakimś Tylerze - podsunęła jego córka usłużnie.
- A! No tak. Był pierwszym hybrydą, którego stworzyłem, no i facetem Caroline. Poderwałem mu ją.
- Jak?
- No, to nie było trudne z moim urokiem osobistym, wiesz - błysnął kłami w uśmiechu. - I moimi pieniędzmi - dodał ciszej. - A poza tym najpierw przekonałem ją, że Tyler miał romans z twoją matką.
- A miał? - zmartwiła się jakby Hope. Wydawało jej się w pewnym sensie niewłaściwe, by sypiać z tym samym facetem, co jej matka. Wystarczyło już, że wujek Jackson lubił ją dotykać.
- Nie, co ty. Łatwo udowodnił, że nie.
- Niby jak?
- No wiesz, twoja matka miała paskudną chorobę weneryczną, a on nie. Nie zaraził się, w przeciwieństwie do mnie, a ja jestem z natury odporniejszy... W każdym razie wiesz już, czemu stryjek Elijah trzyma taką pokaźną kolekcję prezerwatyw w pufie.
- Myślałam, że to go po prostu ciekawi. No i że lubi higienę.
- Bzdury - parsknął Klaus. - Te wilcze świństwa, które złapała twoja matka, wystarczą, by położyć trupem zwykłego Pierwotnego. Biały dąb albo wilcza odmiana kiły to jedyne, co może zabić Pierwotnego. Moja matka, a twoja babka, chciała nas nauczyć trudnym sposobem, że nie wolno uprawiać seksu bez zabezpieczenia.

*


R.I.P. TYLER LOCKWOOD




7 wrzesień 2016 o 2:29:42 - (1431 dni temu)
Vivienne
Wampir



Posty: 5
Dołączył(a): 18 paź 2015
Litry krwi: 3725

To jest NADZWYCZAJNE !!! - NIE MAM SŁÓW - BOSKIE, ŚMIESZNE I ODSTRESOWUJĄCE - szczególnie w ciężkich chwilach - polecam - bo wypróbowałam ;)

Ada - jesteś SUPER BABKA - DAWAJ WIĘCEJ <***
2 październik 2016 o 18:56:27 - (1405 dni temu)
Diablicaaaa161
Świeżak



Posty: 48
Dołączył(a): 9 sie 2016
Litry krwi: 210

Zwolenniczką gejowskich parringów nie jestem i trochę brzydzi mnie to Klefanowe snapowanie, ale i tak uważam, że to jest geeniaaalneee ¦ XD
2 październik 2016 o 22:22:34 - (1405 dni temu)
Adria
Pierwotny



Posty: 1322
Dołączył(a): 6 paź 2014
Litry krwi: 1450

Białe piórko
Bardzo dziękuję, miło mi, że ktokolwiek jeszcze pamięta o FL i chce czytać. ;) Zapraszam do tematu z komentarzami. ;p


R.I.P. TYLER LOCKWOOD





1

Dodaj odpowiedź:


Aktualnie Online
Aktualnie serwis przegląda 0 zalogowanych użytkowników, wśród nich są:
Brak zalogowanych.


Statystyki
Liczba użytkowników: 7493 ♥ Liczba tematów: 913 ● Liczba odpowiedzi: 22946 ● Nowy użytkownik: GabrielaCzemiel

Mój profil
Nazwa użytkownika:


Hasło:




Zarejestruj się | Zapomniałeś hasła?

Znajdź nas na Facebooku

Demotywatory
Demotywatory

Polecamy
angielski dla dziecinauka dla dzieci
samochody elektryczne
smieszne koty

Reklama



Powrót do góryKontaktCopyright © 2014-2020 VampireDiaries.pl. Wszelkie prawa zastrzeżone
Ta strona używa ciasteczek (cookies) i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie i zarządzanie, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.